Od 19 listopada w kinach przedostatnia część Harry'ego Pottera. Film mógłby być beznadziejny, a i tak każdy chciałby go zobaczyć. Na szczęście wierna adaptacja i porywająca warstwa wizualna sprawiają, że ogląda się go z przyjemnością
Na naszych oczach kończy się epoka. Dziś, minutę po północy, do kin wszedł film zatytułowany „Harry Potter i Insygnia Śmierci. Część I”. Epoka może niezbyt długa, bo trwająca zaledwie 14 lat (od czasu wydania pierwszej książki o przygodach małego czarodzieja, aż do premiery ostatniego filmu, który ukaże się w przyszłym roku), ale nie wolno nie doceniać roli Harry'ego w światowej literaturze. W kolejkach po kolejne tomy powieści stali ludzie wszystkich ras i wyznań, każdej narodowości i w każdym wieku. Ekranizacje od samego początku wabiły do kin miliony widzów. Problem pojawił się przy filmach opartych na najdłuższych tomach sagi, gdy
scenarzyści – ku wielkiemu niezadowoleniu fanów – postanowili znacząco obciąć oryginalne fabuły. Nic więc dziwnego, że na ostatni film czekano z niecierpliwością – czy rozwiązanie wszystkich tajemnic zostanie okrojone do marnych dwóch godzin?
Szczęśliwie wybrano rozwiązanie, może z początku nieco kontrowersyjne, jednak dziś w nocy okazało się, że jak najbardziej właściwe. „Insygnia Śmierci” podzielono na dwie części. Reżyserem został ponownie David Yates, odpowiedzialny również za ekranizacje piątej i szóstej części sagi, które to filmy nie podobały się sporej części wiernych fanów literackiego pierwowzoru. Między innymi stąd liczne obawy, w jakim stylu odejdzie Harry? Muzykę, po raz pierwszy w tej serii, skomponował francuski kompozytor Alexandre Desplat (m.in. „Dziewczyna z perłą”, „Fantastyczny Pan Lis”) i trzeba przyznać, że wyszło mu to znakomicie. Na ekranie pojawiły nie tylko się takie sławy, jak Alan Rickman, Ralph Finnes czy Helena Bonham Carter, ale i nowe twarze (epizodyczna, ale jakże wyrazista rola Billa Nighy).
W końcu zgasły, światła, rozmowy ucichły, skończył się reklamy i można było spokojnie, bez reszty zanurzyć się w świecie wykreowanym przez Joan Rowling już trzynaście lat temu. Ten świat się jednak zmienił. Voldemort powrócił, przejmuje władzę (ciężko stwierdzić, czy już na całym świecie, ale pustoszenie okolic Londynu idzie mu całkiem sprawnie), Dumbledore nie żyje. Obrońcy sprawiedliwości ukrywają się, z każdym dniem napływają wieści o nowych tragediach, dominuje nastrój kalustrofobii i paranoi. Ale przecież większość z nas zna tą historię, więc nie ma sensu jej tu streszczać po raz kolejny w całości. Dość powiedzieć, że od „Harry'ego Pottera i więźnia Azkabanu” (2004) nie było tak wiernej ekranizacji. Wszystkie wydarzenia, pokazane są dokładnie, ale i filmowcy dali sobie więcej czasu. Film trwa 146 minut, ale ten czas prawie w ogóle się nie dłuży. Konstrukcja fabuły już w książce zakładała liczne zwroty akcji przerywające obrazy beznadziei, powoli dopadającej wszystkich bohaterów.
Na osobną uwagę zasługuje cała warstwa wizualna. Od pierwszych scen widać, że film miał być przygotowany w wersji 3D, ale jednak wytwórnia Warner Brothers zmieniła zdanie. I dobrze, bo film, który ma pokazywać więcej rozpaczy, niż bohaterskich prób ocalenia świata nie tylko czarodziejów, mógłby stracić klimat w trójwymiarze. Tak oto dostaliśmy zdjęcia utrzymane w ciemnych, ponurych kolorach, których autorem jest Eduardo Serra (m. in. „Dziewczyna z perłą”, „Krwawy diament”) i cały zestaw subtelnie powplatanych efektów specjalnych, do których nie można mieć zastrzeżeń, może poza ostatnią sceną filmu, która wygląda, jakby została w większości wykonana przez amatora photoshopa. Poza klasyczną przeplatanką w miarę realistycznych zdjęć z efektami specjalnymi, pojawia się świetna scena Opowieści o Trzech Braciach – wplecenie sceny opartej wyłącznie na animacji było doskonałym pomysłem.
Oczywiście nie wszystko w filmie jest wspaniałe i powalające. Powłoka emocjonalna filmu rozbija się o kamienne twarze trójki młodych aktorów. Emma Watson (Hermiona Granger) stale wygląda, jakby miała się rozpłakać, bo widzi coś obrzydliwego, Rupert Grint (Ron Weasley) przez większość filmu wygląda jak ćpun zakochany w Nirvanie, natomiast Daniel Radcliffe (Harry Potter) cierpi na permanentny skurcz twarzy. To niestety tyle, jeśli chodzi o ich odgrywanie niepewności, zwątpienia i strachu – kreacje trójki siedemnastolatków, którzy stoją przed zadaniem z pozoru niemożliwym do wykonania są nienaturalne i szybko by się znudziły, gdyby nie wstawki humorystyczne. Tych jest całkiem sporo i, co ciekawe, naprawdę śmieszą. Zostały wplecione w przygnębiający scenariusz wplecione z wdziękiem i tu, jak zwykle, prym wiodą bliźniacy Fred i George Weasley ( James i Oliver Phelps).
Na korytarzach kina, wśród młodzieży, która dorastała razem z Harrym Potterem, przeważał jeden komentarz: za rok skończy się nasze dzieciństwo. O tym, że Harry uparcie siedzi w głowach młodych ludzi, mogą świadczyć chociażby grupy zakładane na portalu Facebook: „Wciąż czekam na list z Hogwartu”. Jednak jeśli zakończenie filmowe sagi (druga część „Insygniów Śmierci” ma skupić się przede wszystkim na bitwie o Hogwart) będzie takie, jak początek końca, to jeszcze długo o Harrym nie zapomnimy. Film, który dziś zobaczyłam, zmienił moje spojrzenie na książkę, której początek jakoś wcześniej wydawał mi się nijaki i niespecjalnie porywający. Niech to zdanie będzie moją rekomendacją, ale nie ma się co oszukiwać – czego by kto o tym filmie nie napisał – w najbliższe tygodnie zobaczą go tłumy. I dobrze, bo warto.
Źródło: Adrianna Piecyk, Wiadomości24
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz