Dość przypadkowo i całkiem dla mnie niespodziewanie miałem dziś okazję pobawić się Kinectem. A mówiąc konkretniej: razem z Harrym Potterem rzuciłem parę zaklęć za pomocą nowego sprzętu Microsoftu. Czy magia Kinecta sprawdza się w "dużych i poważnych grach"?
Jasne, ktoś może powiedzieć, że seria Harry Potter nie jest duża ani poważna - ale nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że Harry Potter to nie produkt wymyślony na potrzeby Kinecta. Ta gra będzie wszakże dostępna na pececie, PlayStation 3, Wii, Nintendo DS. A więc tutaj to Kinecta zaimplementowano do gry, a nie przygotowano grę specjalnie pod to urządzenie.
A więc do rzeczy: jak to się sprawdza?
Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że dostałem do dyspozycji nie całą grę Harry Potter i Insygnia Śmierci, ale jej wybrany, kilkuminutowy epizod. Jeden z tych, w których steruje się Kinectem (z czego wynika, że Kinect w części gry steruje się zwykłym padem bez użycia Kinecta). Do dyspozycji miałem cztery podstawowe ruchy: po pierwsze, rzucenie prostego czaru ofensywnego; po drugie, rzucenie silnego (wolniejszego) czaru ofensywnego; po trzecie, postawienie bariery obronnej; po czwarte - rzucenie flaszki ze śmiercionośną miksturą.

Przez kilka chwil miałem problem z wykonaniem pożądanych ruchy na tyle precyzyjnie, żeby urządzenie rozpoznało je bezpomyłkowo. Żeby to zrobić nie wystarczy odpowiednio machać łapkami, trzeba się jeszcze stosownie ustawić. I po jakichś dwóch minutach już nie miałem z tym problemu.
Co uderzyło mnie najbardziej? To, że poruszanie się odbywało się w grze całkowiecie automatyczne. By tak rzec - ja byłem potrzebny jedynie do tego, żeby się bronić i atakować pojawiających się jak na strzelnicy przeciwników, którzy co i rusz wyskakiwali zza murków i kamieni, wśród ruin, gdzie toczyła się akcja epizodu. Czasem Harry czekał, aż "wystrzelam" wszystkich wrogów, i dopiero wtedy szedł dalej, czasem gnał naprzód, nie zważając na skuteczność moich poczynań. Z jednej strony trudno się dziwić takiemu rozwiązaniu - w końcu skoro nie wykorzystano tutaj pada z przyciskami, to precyzyjne wskazywanie drogi Harry'emu za pomocą wyłącznie moich gestów mogłoby się okazać kłopotliwe (tym bardziej, że ręce miałem zajęte czarowaniem). Może gdyby połączono tutaj czujniki instalowane na rękach i nogach - te z EA Sports Active - byłoby łatwiej? Nie wiem, na szczęście nie moja w tym głowa. Niestety efekt był z drugiej strony taki, że czułem się jak (wybaczcie niestosowność skali porównania) operator lufy w czołgu, który nie decyduje o tym, gdzie się jedzie. Może tylko celować i strzelać, celować i strzelać, celować...
A gdyby się okazało, że czołgiście cel namierza się sam, a on musi tylko pociągnąć za spust...? Tak, dobrze się domyślacie. Gra, z którą miałem do czynienia, miała zaimplementowany bardzo silny auto-aiming. W zasadzie każdy pocisk wystrzelony z grubsza w kierunku wroga - trafiał prosto w cel. I jak powiedział mi Johnatan Bunney, producent gry, będzie się tak działo niezależnie od wybranego przez nas poziomu trudności. I tu rodzi się moje pytanie, a raczej - moja obawa. Mam nadzieję, że to była partykularna decyzja twórców Harry'ego, którzy nie chcieli, by zabawa okazała się z powodu Kinecta zbyt wymagająa dla młodszych graczy. A mówiąc mniej kurtuazyjnie i prosto z mostu: mam nadzieję, że problemem nie były ograniczenia samego Kinecta, które nie pozwoliłaby na precyzyjne strzelanie do względnie niewielkich celów. Bo jeśli okazałoby się, że faktycznie jest z tym kłopot... to mielibyśmy kłopot.
Co do innych nurtujących nas spraw - lag. Czy był? Nie odniosłem takiego wrażenia. Przy tej konkretnej grze (gdy już przyzwyczaiłem się do konkretnych ruchów, które należało wykonywać), zabawa szybko stała się w miarę płynna.
Bądźmy szczerzy - wszystko, co przeczytaliście powyżej, to tylko zapis pierwszych wrażeń. Z jedną grą. A dokładniej: z bardzo niewielkim wyrywkiem jednej gry. Czyli zdecydowanie za mało, by choć w najmniejszym stopniu wyrokować o tym, czy Kinect okaże się w praniu fajny, czy nie. Na razie moje emocje zostały nieco przygaszone, bo choć miotanie czarów za pomocą rąk własnych ma swój urok, to jednak ograniczenie swobody poruszania się i mocne uproszczenie rozgrywki mocno odstawały od tego, do czego przyzwyczaiłem się w tradycyjnym wydaniu gier. Ale powtarzam: bardzo możliwe, że to kwestia wyłącznie tego konkretnego sposobu wykorzystania Kinecta. W tym momencie na pewno mogę powiedzieć tyle, że to faktycznie działa. I że być może faktycznie drogą Kinecta okażą się gry opracowywane z myślą o tym urządzeniu. Czyli nie "duże i poważne gry", tylko - najprawdopodobniej - casual w najczystszym wydaniu.
Czy to według was dobrze, czy może niekoniecznie?
Prawdopodobnie całkiem niedługo będziemy mieli okazję pobawić się z Kinectem znacznie dłużej, w mniej partyzanckich okolicznościach. Wtedy też pewnie uda się rozwiać większość nurtujących nas wątpliwości. Oczywiście wrażeniami podzielimy się czym prędzej.
Źródło: Piotr Kubiński, GameCorner
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz