Choć pojawiły się głosy, że Harry Potter swoje dni glorii i chwały ma już za sobą, jakoś nie widać potwierdzenia tej teorii w rzeczywistości. Miliony fanów serii na całym świecie wprost nie mogą doczekać się premiery szóstej odsłony filmowych przygód młodego czarodzieja. Atmosferę wyczekiwania podgrzewają pierwsze recenzje filmu, które w zdecydowanej większości wypowiadają się o filmie w samych superlatywach.
Richard Corliss z "Time" pisząc o całym cyklu podkreśla epickość najnowszej części. Stwierdza, że dzieło zostało zrealizowane z hollywoodzkim rozmachem, choć jak wiadomo akcja filmu, akcent aktorów, znaczna część obsady oraz ekipy filmu są brytyjskie (jak w filmach o Jamesie Bondzie). W recenzji Corlissa chwalona jest warstwa wizualna filmu (autorem zdjęć jest Bruno Delbonnel, znany między innymi z "Amelii", bez zarzutu są także efekty specjalne). Główny atut filmu to trójka aktorów grających pierwszoplanowe role: aktorstwo Radcliffe, Grint i Watson dojrzewa wraz z nimi, młode gwiazdy są według dziennikarza "Time" tak zabawne jak nigdy dotąd.
"The Hollywood Reporter" zwraca uwagę na niezwykle mroczną atmosferę najnowszej części. Aby nieco złagodzić napięcie, którego nie zabraknie w trakcie 153-minutowej projekcji, twórcy umieścili w filmie wiele humorystycznych scen nawiązujących do uczucia rodzącego się między niektórymi bohaterami. Podobno takie obrazki do tej pory nie pojawiały się w ekranizacji powieści J.K. Rowling.
Dziennikarze OutNow.ch kładą akcent na emocjonalne zakończenie - ma poruszyć nawet tych, którzy szóstą część książki o Potterze znają na wylot i doskonale wiedzą, co dzieje się na końcu filmu. Zwrócono także uwagę na świetną Helenę Bonham Carter w roli złej i szalonej Bellatrix Lestrange oraz Alana Rickmana jako niejednoznacznie moralnego Severusa Snape'a.
Wśród wielu entuzjastycznych recenzji, niektórych brzmiących wręcz jak mowy pochwalne, udało się znaleźć i taką, która filmowi "Harry Potter i Książę Półkrwi" przedstawia pewne zarzuty. Według Dana Kroisa z "Washington Post", w filmie znalazło się wyjątkowo dużo spłyceń. Recenzent jest oczywiście świadomy, że nie ma możliwości przekazania ponad 600-stronicowej treści książki w dwu i półgodzinnym filmie, jednak jego zdaniem zbyt powierzchownie przedstawiono najważniejsze zagadnienia. Ma na myśli dzieciństwo i dorastanie Toma Riddle'a, złego do szpiku kości Voldemorta (czyli jak z porzuconej sieroty można stać się najbardziej przerażającą istotą na ziemi) oraz historię romansu Harry'ego i Ginny - według dziennikarza "Washington Post" moment nawiązywania się ich uczucia pokazany jest bez odpowiedniej pasji, przez co wygląda mniej autentycznie. To może spowodować, że osoby uważające się za "potteromaniaków" mogą wyjść z kina zawiedzione. Autor w podsumowaniu swej oceny filmu przypomina, że twórcy filmu nie powinni jednak robić filmu dla maniaków, lecz dla osób nieprzekonanych (w końcu maniacy film obejrzą tak czy siak). Sugeruje też, że najbardziej zagorzali fani Pottera nie powinni oczekiwać od twórców filmu stworzonego właśnie dla osób znających czarodziejski świat stworzony przez Rowling jak własną kieszeń, bo wtedy ewentualne rozczarowanie będzie mniejsze.
Świat pierwsze zachwyty nad szóstym filmem o przygodach Harry’ego Pottera ma już za sobą. Polskie opinie poznamy po 20 lipca. Wtedy odbędzie się uroczysta polska premiera filmu "Harry Potter i Książę Półkrwi" w krakowskim kinie Kijów. Gośćmi specjalnymi wieczoru będą gwiazdy produkcji - Bonnie Wright (Ginny Weasley) oraz Matthew Lewis (filmowy Neville Longbottom). Na ekrany kin w całym kraju film trafi 24 lipca. Pierwsze pokazy odbędą się już minutę po północy.
Źródło: Film.Onet.pl
* * *
W OCEANIE MAGII
Pisanie recenzji kolejnej części filmu o przygodach Harry'ego Pottera wydaje się bezcelowe – cokolwiek by się o "Księciu Półkrwi" powiedziało, i tak będzie to olbrzymi sukces finansowy w każdym zakątku kuli ziemskiej. Magiczne uniwersum stworzone przez angielską pisarkę J.K. Rowling to od paru ładnych lat dobrze naoliwiana maszyna wymiotująca dolarami o najwyższych nominałach.
Na stanowisku reżysera zasiadł po raz drugi David Yates, który już przy "Zakonie Feniksa" dał się poznać jako solenny wyrobnik. Jego styl można by określić jako przeźroczysty – na ekranizacjach nie odciska autorskiego piętna, poddając się całkowicie literze powieści. Jeśli razem ze scenarzystą dokonuje cięć w fabule, to są to wyłącznie niezbędne zmiany, aby film nie przypominał do reszty zużytej gumy do żucia. Wierność oryginałowi z pewnością spodoba się wszystkim fanom książek Rowling, ale niekoniecznie ujmie pozostałych widzów, którzy do nowego "Pottera" podchodzą jak do jeszcze jednej wysokobudżetowej produkcji z Hollywoodu.
Pierwsze pół godziny "Księcia" wydaje się niepotrzebnie rozwleczone. Harry (Daniel Radcliffe) przypomina sobie wydarzenia tuż po bitwie w ministerstwie magii, podczas gdy Śmierciożercy pod wodzą demonicznej Bellatrix Lestrange (cudowna Bonham-Carter) knują spisek mający na celu przejęcie władzy w świecie czarodziejów. Bohater z malowniczą blizną na czole spotyka się z Dumbledore'em (Gambon), z którym odwiedza słynnego specjalistę od eliksirów, Horacego Slughorna (Broadbent). Razem próbują namówić go, aby zajął miejsce w gronie pedagogicznym Hogwartu.
Gdy wszyscy bohaterowie docierają już do szkoły, zaczyna się romansowa część filmu. W Ronie zakochuje się Lavender Brown, Hermionę adoruje jakiś kretyn chcący zrobić karierę w drużynie quidditcha, zaś maślane oczy do Harry'ego robi Romilda Vane. Po godzinie konfiguracja zostaje zaburzona – w końcu obracamy się wśród szesnastolatków, którym buzują hormony. Uczniowie Hogwartu zachowują się mimo wszystko bardzo obyczajnie jak na współczesną młodzież. Pocałunek to wszystko, o czym może marzyć nieletni czarodziej ze złamanym sercem. Nie dziwię się więc wcale, że "Księcia Półkrwi" chwalą katoliccy publicyści – większą pruderię dałoby się pewnie zaobserwować jedynie na rekolekcjach w zakonie Dominikanów.
Pod wpływem puszystej masy romantycznych uniesień rozmywa się kluczowy wątek prowadzonego przez Pottera i Dumbledore'a śledztwa w sprawie przeszłości Lorda Voldemorta. Akcja filmu ma czasami tempo lekko zużytej miotły, ale w najlepszych momentach twórcy potrafią rzucić zaklęcie zapewniające niespodziewany przyrost napięcia. Mam tu na myśli sekwencję ataku Śmierciożerców na dom Weasleyów oraz finałową wyprawę Harry'ego razem z dyrektorem Hogwartu po pewien niezwykle ważny dla rozwoju dalszych wydarzeń artefakt. Ta ostatnia zakończona jest czysto horrorową sceną, która niejednego widza może przyprawić o szybsze bicie serca.
Klimat wydaje się zresztą najsilniejszą stroną "Księcia Półkrwi". Zdjęcia Bruno Delbonnela utrzymane są w zimnym, nieprzyjemnym odcieniu oddającym fatalizm płynącej leniwie opowieści. Strona techniczna to klasa sama dla siebie, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że film Yatesa to po prostu wydłużony ponad miarę wstęp do wieńczących serię "Insygniów Śmierci". Fani nie będą jednak narzekać – czekali na ten obraz wystarczająco długo, więc teraz pragną tylko zanurzyć się w oceanie magii.
Źródło: Łukasz Muszyński, Filmweb
Richard Corliss z "Time" pisząc o całym cyklu podkreśla epickość najnowszej części. Stwierdza, że dzieło zostało zrealizowane z hollywoodzkim rozmachem, choć jak wiadomo akcja filmu, akcent aktorów, znaczna część obsady oraz ekipy filmu są brytyjskie (jak w filmach o Jamesie Bondzie). W recenzji Corlissa chwalona jest warstwa wizualna filmu (autorem zdjęć jest Bruno Delbonnel, znany między innymi z "Amelii", bez zarzutu są także efekty specjalne). Główny atut filmu to trójka aktorów grających pierwszoplanowe role: aktorstwo Radcliffe, Grint i Watson dojrzewa wraz z nimi, młode gwiazdy są według dziennikarza "Time" tak zabawne jak nigdy dotąd.
"The Hollywood Reporter" zwraca uwagę na niezwykle mroczną atmosferę najnowszej części. Aby nieco złagodzić napięcie, którego nie zabraknie w trakcie 153-minutowej projekcji, twórcy umieścili w filmie wiele humorystycznych scen nawiązujących do uczucia rodzącego się między niektórymi bohaterami. Podobno takie obrazki do tej pory nie pojawiały się w ekranizacji powieści J.K. Rowling.
Dziennikarze OutNow.ch kładą akcent na emocjonalne zakończenie - ma poruszyć nawet tych, którzy szóstą część książki o Potterze znają na wylot i doskonale wiedzą, co dzieje się na końcu filmu. Zwrócono także uwagę na świetną Helenę Bonham Carter w roli złej i szalonej Bellatrix Lestrange oraz Alana Rickmana jako niejednoznacznie moralnego Severusa Snape'a.
Wśród wielu entuzjastycznych recenzji, niektórych brzmiących wręcz jak mowy pochwalne, udało się znaleźć i taką, która filmowi "Harry Potter i Książę Półkrwi" przedstawia pewne zarzuty. Według Dana Kroisa z "Washington Post", w filmie znalazło się wyjątkowo dużo spłyceń. Recenzent jest oczywiście świadomy, że nie ma możliwości przekazania ponad 600-stronicowej treści książki w dwu i półgodzinnym filmie, jednak jego zdaniem zbyt powierzchownie przedstawiono najważniejsze zagadnienia. Ma na myśli dzieciństwo i dorastanie Toma Riddle'a, złego do szpiku kości Voldemorta (czyli jak z porzuconej sieroty można stać się najbardziej przerażającą istotą na ziemi) oraz historię romansu Harry'ego i Ginny - według dziennikarza "Washington Post" moment nawiązywania się ich uczucia pokazany jest bez odpowiedniej pasji, przez co wygląda mniej autentycznie. To może spowodować, że osoby uważające się za "potteromaniaków" mogą wyjść z kina zawiedzione. Autor w podsumowaniu swej oceny filmu przypomina, że twórcy filmu nie powinni jednak robić filmu dla maniaków, lecz dla osób nieprzekonanych (w końcu maniacy film obejrzą tak czy siak). Sugeruje też, że najbardziej zagorzali fani Pottera nie powinni oczekiwać od twórców filmu stworzonego właśnie dla osób znających czarodziejski świat stworzony przez Rowling jak własną kieszeń, bo wtedy ewentualne rozczarowanie będzie mniejsze.
Świat pierwsze zachwyty nad szóstym filmem o przygodach Harry’ego Pottera ma już za sobą. Polskie opinie poznamy po 20 lipca. Wtedy odbędzie się uroczysta polska premiera filmu "Harry Potter i Książę Półkrwi" w krakowskim kinie Kijów. Gośćmi specjalnymi wieczoru będą gwiazdy produkcji - Bonnie Wright (Ginny Weasley) oraz Matthew Lewis (filmowy Neville Longbottom). Na ekrany kin w całym kraju film trafi 24 lipca. Pierwsze pokazy odbędą się już minutę po północy.
Źródło: Film.Onet.pl
* * *
W OCEANIE MAGII
Pisanie recenzji kolejnej części filmu o przygodach Harry'ego Pottera wydaje się bezcelowe – cokolwiek by się o "Księciu Półkrwi" powiedziało, i tak będzie to olbrzymi sukces finansowy w każdym zakątku kuli ziemskiej. Magiczne uniwersum stworzone przez angielską pisarkę J.K. Rowling to od paru ładnych lat dobrze naoliwiana maszyna wymiotująca dolarami o najwyższych nominałach.
Na stanowisku reżysera zasiadł po raz drugi David Yates, który już przy "Zakonie Feniksa" dał się poznać jako solenny wyrobnik. Jego styl można by określić jako przeźroczysty – na ekranizacjach nie odciska autorskiego piętna, poddając się całkowicie literze powieści. Jeśli razem ze scenarzystą dokonuje cięć w fabule, to są to wyłącznie niezbędne zmiany, aby film nie przypominał do reszty zużytej gumy do żucia. Wierność oryginałowi z pewnością spodoba się wszystkim fanom książek Rowling, ale niekoniecznie ujmie pozostałych widzów, którzy do nowego "Pottera" podchodzą jak do jeszcze jednej wysokobudżetowej produkcji z Hollywoodu.
Pierwsze pół godziny "Księcia" wydaje się niepotrzebnie rozwleczone. Harry (Daniel Radcliffe) przypomina sobie wydarzenia tuż po bitwie w ministerstwie magii, podczas gdy Śmierciożercy pod wodzą demonicznej Bellatrix Lestrange (cudowna Bonham-Carter) knują spisek mający na celu przejęcie władzy w świecie czarodziejów. Bohater z malowniczą blizną na czole spotyka się z Dumbledore'em (Gambon), z którym odwiedza słynnego specjalistę od eliksirów, Horacego Slughorna (Broadbent). Razem próbują namówić go, aby zajął miejsce w gronie pedagogicznym Hogwartu.
Gdy wszyscy bohaterowie docierają już do szkoły, zaczyna się romansowa część filmu. W Ronie zakochuje się Lavender Brown, Hermionę adoruje jakiś kretyn chcący zrobić karierę w drużynie quidditcha, zaś maślane oczy do Harry'ego robi Romilda Vane. Po godzinie konfiguracja zostaje zaburzona – w końcu obracamy się wśród szesnastolatków, którym buzują hormony. Uczniowie Hogwartu zachowują się mimo wszystko bardzo obyczajnie jak na współczesną młodzież. Pocałunek to wszystko, o czym może marzyć nieletni czarodziej ze złamanym sercem. Nie dziwię się więc wcale, że "Księcia Półkrwi" chwalą katoliccy publicyści – większą pruderię dałoby się pewnie zaobserwować jedynie na rekolekcjach w zakonie Dominikanów.
Pod wpływem puszystej masy romantycznych uniesień rozmywa się kluczowy wątek prowadzonego przez Pottera i Dumbledore'a śledztwa w sprawie przeszłości Lorda Voldemorta. Akcja filmu ma czasami tempo lekko zużytej miotły, ale w najlepszych momentach twórcy potrafią rzucić zaklęcie zapewniające niespodziewany przyrost napięcia. Mam tu na myśli sekwencję ataku Śmierciożerców na dom Weasleyów oraz finałową wyprawę Harry'ego razem z dyrektorem Hogwartu po pewien niezwykle ważny dla rozwoju dalszych wydarzeń artefakt. Ta ostatnia zakończona jest czysto horrorową sceną, która niejednego widza może przyprawić o szybsze bicie serca.
Klimat wydaje się zresztą najsilniejszą stroną "Księcia Półkrwi". Zdjęcia Bruno Delbonnela utrzymane są w zimnym, nieprzyjemnym odcieniu oddającym fatalizm płynącej leniwie opowieści. Strona techniczna to klasa sama dla siebie, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że film Yatesa to po prostu wydłużony ponad miarę wstęp do wieńczących serię "Insygniów Śmierci". Fani nie będą jednak narzekać – czekali na ten obraz wystarczająco długo, więc teraz pragną tylko zanurzyć się w oceanie magii.
Źródło: Łukasz Muszyński, Filmweb
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz